Jeden dzień z życia Mieszka - syna wojownika
Rok Pański 972, gród w Gnieźnie
Budzi mnie dym z paleniska. Nasza drewniana chata, ocieplona obornikiem dla ciepła, pachnie tak, że aż gryzie w oczy - ale zimą nikt nie narzeka. Matka już kroi chleb i nalewa do miski polewkę zbożową. Siadamy na ziemi, bo tak się u nas jada - łyżki mamy drewniane, noże z kości.
Ojciec jest wojem w drużynie księcia. Dziś wraca z wyprawy - podbijali ziemie na wschodzie. Przywiózł łupy: skórki kun, kawałek soli i miecz zdobyty na wrogu. Książę go nagrodzi.
Za wałem grodu - wysokim, z drewna i ziemi - jest podgrodzie. Tam mieszkają rzemieślnicy i kupcy. Przyjechali właśnie kupcy z Bizancjum - patrzę na ich kolorowe stroje i pachnące przyprawy. Płacą płatami lnu, bo monety mają u nas małe znaczenie.
Popołudniu idziemy do łaźni - wszyscy się myją, choć sąsiednie ludy uważają to za dziwactwo. Mama czesze mnie grzebieniem z kości. Na kolację będzie mięso, kasza i trochę miodu. Mleko dostanę tylko w święto - to luksus.
Wieczorem ojciec opowiada, że książę zwołał poddanych - muszą pomóc przy budowie nowego grodu. Taka już ich powinność. Ja marzę, że kiedyś też zostanę wojem i będę bronił kraju u boku władcy.